Aikido Journal Home » Interviews » Wywiad z Frankiem Doranem Aiki News Japan

Wywiad z Frankiem Doranem

Available Languages:

Aiki News #10 (February 1975)

Tłumaczenie Maciej TJ Gostomski

Komentarz Franka Dorana w 2002r.: „Spójrzcie raz jeszcze na datę tego wywiadu – 1975 rok. Dwadzieścia siedem lat temu !! Poniższe uwagi są więc raczej kawałkiem historii niż odbiciem moich obecnych przemyśleń i treningów”.

Frank Doran Sensei

Aiki News: Gdyby ktoś zapytał: „Dlaczego warto studiować właśnie aikido, skoro na rynku jest spora liczba innych sztuk walk”, jak byś odpowiedział?

Frank Doran: Myślę, że na to pytanie można odpowiedzieć na różne sposoby. Jeden – gdy ktoś mnie pyta o aikido i czy powinien studiować tę sztukę, naprawdę staram się namówić go do zapoznania się z innymi sztukami walk, ponieważ sądzę, że kiedy zobaczą taką, która jest odpowiednia dla nich, będą wiedzieli. Moim zdaniem, to nie nauczyciel ma „sprzedawać” sztukę walki. Natychmiast podaję analogię do muzyki. Nie każdy wybiera klarnet i nie dla każdego jest ten instrument. Zdarzyło się, że akurat mnie to przypasowało. Więc, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego ta właśnie sztuka walki jest właściwa dla mnie, doświadczyłem wpierw kilku innych. Poczułem, że aikido to coś dla mnie, a tym, co je tak wyróżniało był fakt, że niesie ono ze sobą wartości przydatne w życiu codziennym. Tej cechy nie odkryłem w tych innych. Budująca jest dla mnie idea, że celem aikido nie jest neutralizacja agresora, a zaledwie jego działań. To mi się naprawdę podoba.

Czyli idea zadbania o dobro agresora, inaczej mówiąc…

Oczywicie to właśnie najbardziej wyróżnia aikido. Chociaż tak naprawdę nie uważam, że jest aż tak bardzo różne, jeśli prześledzimy drogi poszczególnych sztuk walk do ich źródeł. W moim rozumieniu, czy też odczuciu, jeśli prześledzisz te ścieżki wystarczająco daleko w czasie, ich źródło jest takie samo, ale niestety w niektórych sztukach, a nawet czasem i tam, gdzie naucza się aikido – tego na pewno nie wiem – ludzie zbłądzili ze ścieżki i te ważniejsze cele pełnego rozwoju zostały zagubione.

Kiedy rozpocząłeś swój trening aikido?

Zacząłem w San Diego. Bob Tann był jednym ze studentów Tohei sensei z Hawajów. Wtedy już otrzymał shodan i został asygnowany do rekrutacji ludzi w San Diego. Byłem w tym czasie instruktorem walki wręcz (przyp. tłum.: US Marine Corps Drill Instructor) przydzielonym do tamtejszej sekcji. Nasi instruktorzy nauczali judo oraz karate i kiedy on przyjechał, był pierwszą osobą, która miała za sobą jakieś doświadczenia w aikido. Potem Tokuji Hirata, który wówczas miał 5 dana, był moim nauczycielem przez kolejne trzy lata. Ćwiczyłem z B. Tannem przez około sześć miesięcy. Następnie wyjechałem na Guam i ćwiczyłem aikido z kilkoma tamtejszymi shodanami. A stamtąd już trafiłem do Japonii. Jest to o tyle interesujące, że kiedy pojechałem do Japonii, miałem list polecający od mojego nauczyciela do Tohei sensei. Gdy przybyłem na miejsce, spotkałem się już w drzwiach z Tohei sensei, który wprowadził mnie do środka i zaprosił do uczestnictwa w prywatnej lekcji z pewnym studentem. Zabrał mnie więc ze sobą i przedstawił temu cudzoziemcowi, którym okazał się być Robert Nadeau. Taka była moja pierwsza styczność z Hombu Dojo, mój pierwszy trening.

Byłeś w aikido od wielu lat, zanim zdecydowałeś się zostać pełnoetatowym instruktorem. Co cię skłoniło ku tej decyzji?

No, na pewno nie była to decyzja finansowa !

Mogę tę wypowiedź cytować?

Miałem stabilizację zawodową, wiesz, że byłem oficerem policji przez osiem lat, nieźle sobie radząc w tej profesji. Dosłużyłem się emerytury, dobrej pensji, etc. Ale natura tej policyjnej roboty, pomimo, a może dzięki treningowi aikido, sprawiła, że stałem się bardzo świadomy negatywom w niej zawartym. Bylismy nieustannie wystawiani na negatywne interakcje i radzenie sobie z problemami, co było niezłą szkołą życia. Cały czas oczywiście kontynuowałem trening aikido tak intensywnie, jak tylko mogłem w tych okolicznościach, co było zdecydowanie niewystarczająco jak na moje potrzeby i chęci. Stało się dla mnie oczywiste to, że kiedy przebywałem z ludźmi z aikido ćwicząc aikido, przebywałem w bardzo pozytywnym środowisku. Moje dobre cechy były w ten sposób wzmacniane. Bo z jednej strony byłem pozytywnie doładowywany treningiem aikido, a jednocześnie nieustannie frustrowany swoją policyjną robotą. I zdałem sobie sprawę, że najlepsze dla mojego pełnego rozwoju jako człowieka było poświęcenie się całkowicie ćwiczeniu aikido. Jedyną szansą na osiągnięcie tego celu w tych okolicznościach była więc rezygnacja ze stabilizacji i spróbowanie właśnie tego. Zdawałem sobie oczywiście sprawę – o czym rozmawialiśmy wcześniej odnośnie pelnoetatowych nauczycieli – co oznacza bycie nauczycielem w Japonii, a co oznacza bycie nauczycielem tutaj. Jestem więc w pełni świadom swoich ograniczeń, ale także tego, że ktoś tutaj jednak musi nauczać. Można powiedzieć, że poczułem coś na kształt powołania. Byłem szczęśliwszy, kiedy nauczałem.

Jak wychodziło ci tłumaczenie koncepcji “ki”?

Dla mnie “Ki” to życiowa energia. To żywotność. Żywotność nie jest czymś co jest japońskie, pojęcie to jest uniwersalne. Ta żywotność płynie przez ciebie; płynie przeze mnie. Jest to bardzo pozytywna sila. Wszystkie te zabawy i ćwiczenia – wiele z nich rozwinął Koichi Tohei – są bardzo przydatnymi narzędziami do zapoznania się z tą żywotnością wewnątrz samego siebie. Uważam także, że podejściem, którego doświadczamy w Japonii jest akt ćwiczenia sam w sobie. Jeśli po prostu ćwiczysz aikido, ono cię nauczy. I myślę, że to również jest bardzo ważne podejście. Jest wiele sposobów na osiągnięcie tego celu. Można powiedzieć, że ja sam staram się stosować obie te metody. Czy to brzmi sensownie?

W zeszłym roku w Północnej Kaliforni powstało coś na kształt organizacji. Opublikowaliśmy w Aiki News główne cele tej organizacji, większość z których byla twojego autorstwa jak i twoich idei. Ta luźno powiązana organizacja istnieje już prawie rok czasu i wydaje się, że działa bardzo sprawnie. Komunikacja nigdy jeszcze nie była tak dobra i częsta. Na co pozwala taki właśnie typ organizacji, na co w przeszłości nie było miejsca z powodu sztywnych zasad i hierarchii ustalonych odgórnie?

Cóż, oczywistym było, że rzeczy, które wypróbowywaliśmy w przeszłości nie działały. Nie bardzo w stylu aiki byłoby winić kogoś lub w ogóle szukać winy. Takie coś jest uwsteczniające. Jasne było tylko, że tamto nie działało. Więc co z tym zrobić? Albo zrywasz wszelką komunikację mówiąc: „do diabła z tym, organizacje nie działają”, albo po prostu próbujesz – jak zawsze mi się wydawało – otworzyć się na komunikację na bardziej osobistym poziomie. Rzeczą, która zawsze mnie zadziwiała było to, że i tak się zawsze komunikowaliśmy, przynajmniej tutaj, w Północnej Kaliforni. Wielu z nas, ciebie nie wyłączając, odwiedzało jeden drugiego, chodziliśmy razem na lunch, pytaliśmy: „Hej, Stan, co tam nowego u ciebie?”. Pokazywałeś mi nowe pomysly, które zadziałały u ciebie i vice versa. I na bazie tego nawzajem się wzmacnialiśmy i wspieraliśmy.

Jednocześnie ci sami ludzie, którzy na płaszczyźnie osobistej razem potrafili bawić się przy piwku i lunchu oraz dzielili się swoimi doświadczeniami, kiedy nagle znajdą się w bardziej formalnej atmosferze poważnego spotkania, zaczynają ustalać hierarchie, wyznacza się protokolarza i… wszystko zaczyna zgrzytać wyhamowując. Nie mogłem tego zrozumieć. Aikido oparte jest na koncepcji harmonii. Więc kiedy grupa nauczycieli aikido nie może się dogadać podczas spotkania, coś nie gra. Kiedy nasza technika nie działa, zatrzymujemy i próbujemy znaleźć to coś, co powoduje jakąś tam sztywność, może poziom agresji, wiele różnych rzeczy może iść źle. Jeśli mówimy naszym uczniom, żeby się rozluźnili, byli bardziej naturalni, z reguły to wystarcza. Więc ideą naszej Yudanshakai jest po prostu naturalność. Komunikatywność, nic więcej.

W tym roku po raz pierwszy, pod koniec czerwca, ty i Bob Nadeau będziecie prowadzili tygodniowe seminarium, taką Letnią Szkołę Aikido. Czy możesz nam przybliżyć nieco, jak ta idea się rodziła? Jak się do tego zabierzecie? Co zaoferujecie ćwiczącym?

Cóż, po pierwsze ten pomysł nie jest oczywiście jakiś wyjątkowy. Gasshuku w Japonii są powszechne. Także na Wschodnim Wybrzeżu robią podobne rzeczy. Nazywają je chyba właśnie Letnimi Szkołami Aikido. Na naszym terenie zaś, mimo że od dawna organizujemy warsztaty, jak my je tu nazywamy, nigdy jeszcze nie robiliśmy takiego intensywnego obozu. Niestety, wielu z naszych uczniów nigdy nie pojedzie do Japonii. Dlatego fajnie jest, że możemy czasem zaprosić tutaj japońskich nauczycieli. Na tej samej zasadzie wielu z naszych studentów nie jest w stanie brać udziału w świetnych seminariach czy tygodniowych obozach letnich, ktore są organizowane na Wschodnim Wybrzeżu. Dlaczego by więc nie zrobić czegoś takiego tutaj? To ma sens. Pomysł zebrania grupy poważnych aikidoków na co najmniej tydzień, w dzień i noc, całkowicie zagłębających się w tym całym duchu aikido po prostu mnie nakręca. Podoba mi się pomysł twardego treningu równoważonego czasem medytacją czy innymi duchowymi aspektami aikido, śpiewem czy czym tam jeszcze. Podoba mi się idea grupy żyjącej wyłącznie aikido przez dłuższy okres czasu.

Jak na razie zaś, mamy teraz luty, obóz zaczyna się w czerwcu, a my już teraz mamy ponad 50 chętnych. Naszym największym zmartwieniem jest to, co powiedzieć kolejnym chętnym przesyłającym zgłoszenia, że już mamy komplet. Sprawdzamy, ilu jeszcze powyżej 50 możemy przyjąć, ale w tej chwili trudno mi to ocenić. Wygląda na to, że będziemy musieli odrzucać kolejnych chętnych, co oznacza, że możliwe, iż następnego lata zrobimy dwa obozy lub też w połączeniu z innymi nauczycielami jeden większy. Teraz tylko zastanawiamy się, jak uda się ten pierwszy.

Jesteś częścią unikalnego przedsięwzięcia. Aikido San Francisco ma trzech głównych instruktorów prowadzących zajęcia jako partnerzy, a do tego macie świetną, wielką salę z codziennymi treningami. Jak doszło do tej wyjątkowej kombinacji?

To jest ciekawe. Myślę, że można odpowiedzieć dwojako. Po pierwsze chcieliśmy tego spróbować właśnie jako przedsięwzięcia biznesowego. Ale myślę, że nadrzędną sprawą było tak naprawdę pokazanie, że trzech nauczycieli – osobną kwestią jest, co rozumiesz przez „główny”, może być „głównym” na danym terenie – z tak różnym podejściem, z pewnymi podobieństwami, ale jednak bardzo różnymi filozofiami, każdy ze swoją wizją, mogą harmonijnie współpracować pod jednym dachem. Dlaczego nie? To nie wyjątek. Tak właśnie działa Aikikai Hombu Dojo.

Wielkim zwrotem w moim podejściu do aikido, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Japonii – spadlo mi w końcu z barków brzemię ćwiczenia przez kilka lat stylu wyłącznie jednego nauczyciela – było to, że mogłem zobaczyć wszystkich tych wielkich nauczycieli w Hombu Dojo, i każdy z nich pokazywał aikido ze swojego punktu widzenia. A byli to deshi O’Sensei. I O’Sensei widział oczywiście, że nie wszyscy robili aikido w sposób, w jaki je robił on sam. Sposób ich poruszania różnił się, lecz zasady były dokładnie takie same. Oni wszyscy nauczali tego samego. Dlaczego więc nie może to zdarzyć się i tutaj? Sądzę, że ćwiczący powinni to właśnie zobaczyć. Uważam, że jest to ważne dla zrozumienia, jak ważne jest nie dać się zamknąć w granicach typu: „Ja ćwiczę w takim a takim dojo i jest to jedyny słuszny sposób treningu.” Takie coś jest bardzo smutne i bardzo ograniczające. Trzeba mieć otwarty umysl, aby akceptować wszystkie metody nauczania. Te, których ćwiczący nie polubią, poźniej mogą odrzucić, ale powinni ich przynajmniej spróbować.

Czy są jeszcze jakieś tematy, na który chciałbyś się wypowiedzieć, Frank? Coś, o czym dotychczas nie wspominaliśmy?

Chciałbym powiedzieć o czymś, co „siedzi w mojej glowie” od momentu, gdy omawialiśmy te różne style, a co jakby wyklarowalo mi się ostatnio. Bardzo wyraźnie widzę aikido jako naukę w trzech rożnych etapach czy też okresach. Jeden z nich to trening statyczny, dobre, mocne przyswajanie podstaw, naprawdę produktywny. Widzę go jako etap konieczny w nauce mechaniki ruchu, aby nauczyć się, jak rozwijać siłę aiki. Więc kihon waza (techniki podstawowe) nauczane w ten sposób, statycznie, to jakby faza pierwsza. Taki rodzaj treningu, który przyrównuję do muzyki. Jeśli naprawdę interesujesz się muzyką, musisz nauczyć się czytać te wszystkie nuty, musisz spędzić trochę czasu oswajając się z instrumentem. Musisz zrobić podstawy.

Ale wtedy wkraczasz w fazę drugą, którą ja widzę w aikido jako przepływ ki. To już jest inny timing, z energicznym, pełnym gracji ruchem. To jest inny etap. Uważam, że nie można naprawdę robić tego etapu bez zrozumienia poprzedniego. Oba z nich są równie ważne. Porównując znowu z muzyką, drugi etap to wzięcie dowolnego, zapisanego nutami, utworu i zagranie go tak, jak jest napisany. Ale jest jeszcze etap trzeci. W muzyce nazywa się go improwizacją. Wtedy nie jest to tylko odtwarzanie tego, co napisał ktoś inny, ale coś, co wychodzi z głębi naszej własnej duszy. Na ile dobra jest ta improwizacja, zależy od tego, jak dobrze opanowalo się dwa pierwsze etapy. Wszystkie z nich są bardzo ważne. Wątpię, czy jest wielu, jeśli w ogóle jest ktokolwiek, którzy mogą wejść w etap trzeci, czy to w muzyce czy w aikido. Niewielu prawdopodobnie potrafi przejść do etapu przepływu ki czy też czytania nut. Musisz wypełnić wszystkie te fazy. Smutne jest, że niektórzy uważają fazę pierwszą za jedyny możliwy sposób ćwiczenia. Tadaaa !!! Niektórzy zaś sądzą, że jedynie słusznym sposobem nauki jest ćwiczenie miękkiego, płynącego, motylkowego aikido. Nie, musisz sam to ocenić, musisz sam spróbować po trochu tego i tamtego. I miejmy nadzieję, że pewnego dnia wszyscy osiągniemy etap improwizacji.

Podoba mi się ta analogia. Uważam, że dużo mówi.

W moim dojo, mimo że nauczam również w wielu innych miejscach, np. na Uniwertytecie Stanforda, traktuję swoich uczniow jak członków rodziny, naprawdę staram się, jak najlepiej umiem dawać im kompozyt tego wszystkiego. Próbuję robić treningi statyczne, mocne ćwiczenia. Staram się rozwijać mocne wyciąganie. Zachęcam ich do ćwiczeń z innymi nauczycielami, takimi jak Bill Witt, którzy są w tym świetni i naprawdę lubią taki rodzaj treningu. Mój umysł jest w fazie drugiej, z marzeniami o wejściu w etap improwizacji. Uwielbiam przepływ ki. I z tego powodu sam potrzebuję dla rozwoju swojej sztuki więcej pracować nad elementem „yang”. Staram się zdystansować od tego, gdyż w młodości robiłem mnóstwo tych rzeczy „yang”. Byłem wręcz osobowością typu „yang”… instruktor US Marines, gliniarz, narcyz, wiesz – judo, karate, instruktor walki wręcz. Ja wiem, jak wyszkolić siłę. Cała moja natura wypełniona jest obawą przed tą przemocą, która, wiem, jest we mnie. Nie potrzebuję się więcej uczyć przemocy. Staram się temperować to, co wyłazi z trzewi mojej duszy. Dlatego właśnie mam tendencje do „motylkowatości”. Potrzebuję nawiązania kontaktu z pierwiastkiem „yin” w mojej naturze. Odkryłem, że jestem szczęśliwszy, kiedy jestem w „yin”.

Dziękuję bardzo, Frank!

Proszę bardzo.